|
GODFLESH
Zespół, o którym otwarcie mogę powiedzieć – uwielbiam. Wszystko wokół umiera lub zmienia się na gorsze, ale to pozostaje nadal aktualne. Ta fascynacja trwa już ponad 10 lat i dzisiaj, kiedy za parę dni, do moich rąk ma trafić ich nowa płyta (Us and Them), moja niecierpliwość nie pozwala mi spać. Czekam. Ale na czym polega ten fenomen? Czym jest GODFLESH? Wiem to chyba tylko na własny użytek. Gdy jako piętnastolatek spróbowałem samodzielnie robić muzykę, w mętliku różnych sprzeczności i słabości, pragnąłem by ta muzyka była wypadkową tego z czym się identyfikowałem. Zastanawiałem się jak; jak pogodzić industrial TG czy SPK z brzmieniem skandynawskich grup hardcore, w których sie wtedy zasłuchiwałem i wykonstruować halaśliwego mutanta, godnego swoich pierwowzorów. Dla mnie spełzło to na niczym. Jednak nie do końca. Na przełomie 80 i 90 pojawiło się zjawisko jednoczące wszystko co afirmuję, ukazał się zespół grający coś, o czym wcześniej tylko marzyłem. Energia hardcore i ekstremalizm industrial musiały znaleźć wspólny grunt. Terytorium GODFLESH. Z chwilą gdy po raz pierwszy to do mnie dotarło, stało się jasne: ten zespół podyktuje teraz warunki i wyznaczy horyzonty muzyce najbliższych lat. GODFLESH burząc setki granic stojących między pozornie odległymi od siebie gatunkami, stworzył nową estetykę i odmienił oblicze muzyki ostatnich czasów. Nie ma dla mnie znaczenia czy ta rola ogranicza się tylko do muzyki pewnego określonego typu – ich wpływ jest nie do przecenienia. Nic z przesady w twierdzeniu, że GODFLESH jest jednym z największych cudów kończącej się dekady. Wszystkie superlatywy są w pełni uzasadnione. W 1988 powstaje GODFLESH, twór autorstwa dwóch ludzi:Justina Broadricka i Christiana. B. Greena, prawie natychmiast nagrywają swój pierwszy mini lp Godflesh (89 Swordfish). Płyta jest pierwszą demonstracją nowego stylu, a także najmocniejszą rzeczą jaką istoty ludzkie wydobyły dotąd z gitar, bassu, wzmacniaczy, paru efektów, taniego automatu perkusyjnego i kilkukanałowego miksera. Ten pionierski album powstał w absolutnie niskobudżetowych warunkach i przyniósł rezultat wykraczajacy daleko naprzód. Totalna cieżkość, masywne linie bassu, sprzężone gitary i potężny motoryczny beat stały się od tego momentu znakiem GODFLESH. Następny lp Streetcleaner(89 Earache) potwierdził tę siłe, był jeszcze bardziej intensywny. GODFLESH – charakterystyczny, perfekcyjnie zaprogramowany automat, w połączeniu z mocą zniekształconych gitar wyprodukował tony miażdżące wszystko na swojej drodze i jednocześnie godzące w najdelikatniejsze zakończenia psychicznych receptorów. (Pulp; Like Rats) Mechaniczne tempo, zgrzyt, warkot sprzeżonych gitar połączone z psychotycznymi wokalizami, pełna napięcia aura nienawiści unosi się nad tą muzyką, jest wszechobecna w każdym dźwięku, każdym kawałku, którego temat zawiera się w kilku, powtarzanych bezustannie, prostych wersach. When on my own/ I feel free/ I can refuse/ Arms wait enfold/ Nothing left for me/ Waiting/ Pulp/ Pulp/ Pulp Moje teksty były zawsze produktem naszego otoczenia, im bardziej jest ono zniszczone tym muzyka staje się jeszcze bardziej ekstremalna i my stajemy się ekstremalni. Musimy wyrażać te uczucia. Być muzykiem, gdy rzeczy tak sie maja, powoduje, że jesteś popychany czystymi emocjami, to co robisz staje się coraz mocniejsze. Okładka Streetcleaner, to płonące krzyże z filmu Kena Russela Altered States (Odmienne Stany Świadomości), ukazujące ogniste wizje bohatera po zażyciu halucynogenów, ktoś kiedyś powiedział, że muzyka jest głosem boga, w tym sensie jest to coś, co może dotrzeć do twojego wnętrza i poruszyć cię duchowo. Słowo god objawia coś niewyobrażalnego i niezmierzonego a flesh to właśnie to, co wyraża się na fizycznym poziomie - nasza muzyka jest głośna i destruktywna. Godflesh jest dla amerykańskich Indian określeniem na peyotl – to przypadkowa koincydencja, ale ta zbieżność wydaje mi się całkiem odpowiednia. Geneza GODFLESH to bardzo różne, niejednokrotnie zupełnie sobie obce źródła, ich wzajemne sprzeczności mogą być zaskakujące, wszystkie mają jednak wspólny punkt: maksymalizm i permanentne parcie ku cieżkości i mocy w muzyce bez granic. Słuchałem wielu starych niemieckich gitarowych noise zespołów, rzeczy bardzo eksperymentalnych. Bardzo podobała mi się idea zastąpienia maszyn gitarami. Imitowania tej klinicznej precyzji i łomotu maszyn właśnie przez gitarę. Justin deklaruje swoje uznanie dla KILLING JOKE , BLACK SABBATH, SUICIDE , mieni się fanem THROBBING GRISTLE i SPK. Słuchając GODFLESH bez cienia wątpliwości można wspomnieć o SWANS albo BIG BLACK, wszystkie te punkty i wpływy łączą się w jedno, jedyne w swoim typie, unikalne brzmienie. Muzyka GODFLESH to bastardyzacja wszystkiego co wydarzyło sie w historii dźwięków, próżno mierzyć ją tradycyjnymi definicjami. Historia GODFLESH to permanentny postep mierzony kolejnymi woltami w różnych kierunkach, bez przemierzania wydeptanych ścieżek – nikt nie może zapowiedzieć jak skończy się ich kawałek i jak zabrzmi następny, nikt też nie przewidzi jak będzie wyglądała następna ich płyta. Właśnie na wydanym w '91 Slavestate lp (Earache) ich muzyka uległa nieoczekiwanej transformacji. Sound GODFLESH połączono z wyjątkowo cieżkimi techno beats. Eksperyment polegał na fuzji mechanicznego, cyborgowego brzmienia z dobrze znanym żywiołem. Slavestate to budowanie utworów w oparciu o maniakalną repetycję tych samych motywów i mutowanie ich w przeróżnych wersjach. (Slavestate; Someone Somewhere Scorned; Perfect Skin; Meltdown.) Płyta zawiera cztery podstawowe kawałki do których dodano remiksy, charakter i treść muzyki pozostały niezmienione: cyfrowe, zdyscyplinowane szkielety utworów, oparte o automatyczny rytm są mutowane z organicznym, fizykalnym mięsem gitar. Do wersji CD dodano 7' Slateman z nową wersją Wounds ze Streetcleaner. Nastrój wywoływany tymi rodzajami dźwięków niesie wiele z atmosfery znanej z filmów rodzaju Alien albo Eraserhead, każdy kto je widział, i słyszał Streetcleaner 2 czy Devastator/Mighty Trust Crusher odczuje to samo. Jesus/ Weeping/ Hold on to me. Drown me in/ Hate/ Blood/ Thought me hate/ Feel nothing but pain/ Exhange my mind for it/ Pure, forever/ Slavestate Następnym krokiem w ewolucji był wydany w '92 Pure. Podczas trasy promujacej ten album trafiłem wreszcie na ich koncert. GODFLESH live jest totalnym przeżyciem, niemożliwym by szybko przejść nad nim do porządku dziennego. Każdy zespół ma swoje sposoby by wypluwać siebie – oni posiadają swój własny. Na scenie egzekwują siebie, swoje osobowości, swoje persony, czyniąc coś na kształt egzorcyzmów nad swoim ciemnym id. Robią to nie eksponując prawie wcale swojej zewnętrzności, są jak bezosobowe roboty bez realnego kontaktu. Bez reszty skoncentrowani; grając, zdają się być zrośnięci ze swoimi instrumentami; w konwulsyjnym skurczu wymiatają z siebie całe to dewastujące brzmienie. Zdyscyplinowani wspólpracą z młotem cyfrowym, działają bez momentu zawahania, cały set, uderzenie za uderzeniem, kawałek za kawałkiem. Koniec przynosi kilkudziesieciominutowy feedback, który pozostawia wszystkich w bezruchu, sparaliżowanych scianą dźwięku. Nie mam zbyt optymistycznej wizji ludzkości. 80% to zupełne gówno, a jako całość ludzkość jest zupełnie słaba, jej istnienie jest pozbawione jakiegokolwiek celu. Ludzie potrzebują chwil, kiedy muszą być niszczeni emocjonalnie i intelektualnie, by wracać do rzeczywistosci. Taki jest podstawowy cel naszej muzyki. Aby uderzać i ściągać każdego z powrotem do realnego świata. Album Pure jest ponury, szary i jesienny, w tej tonacji jest również okładka, zawierająca kadry z innego filmu Kena Russela (tym razem były to Devils). Paradoksalnie Pure nie jest wcale czysty, jest nawet bardziej skażony i brudny; jednocześnie przez ten mizantropiczny, pełen poczucia beznadziejności obraz świata przebija się zew brutalnej walki (I wasn't born to follow). Wściekłość, nihilizm wyrażone w coraz bardziej złożonej, lecz pełnej mocy formie. To jest niepohamowana, nieograniczona siła. Jestem zainteresowany ekstremami w muzyce i filozofii. To właśnie czystość jest tą nieposkromioną, czyszczącą silą. Pure/ Deny, your disease/ Isolate Pure/ Pure, by yourself/ I'm so impressed/ Pure Ogień, "a firestorm to purify"; taki jest właśnie Predominance, najbardziej fizyczny utwór tej płyty. Wydaniu Pure towarzyszy realizacja pt Cold World, z doskonałymi kawałkami: tytułowym i dwoma wersjami Nihil. Nasza muzyka to smutek, to prawie antyteza muzyki rock, ale to jest najczystsza muzyka, tak prosta i tak emocjonalna by trafiać ludzi prosto w serce. To brzmi jak banał, ale rzecz którą gramy ma dużo wspólnego z wyrazem bólu tego całego świata, wyraża całą rezygnację. Sposób w jaki używamy gitar wyraża ból a gitary są jedynym środkiem jakiego możemy użyć. Po kilkuletniej nieobecności, podczas której wydano jedynie ep Merciless z biomechanicznymi remiksami starszych utworów z lat 91 – 93, GODFLESH powrócił nowym długim dziełem Selfless ('94 Earache – rok produkcji nie pokrywa się z czasem wydania, w rzeczywistosci czekalismy na tę płyte trochę dłużej). Album otwiera Xynobis. Xynobis to łacinskie wyrażenie czegoś na kształt religijnej, duchowej transcendencji. Zawsze badaliśmy rzeczy jak eskapizm, mamy obsesję na punkcie sposobów, przy pomocy których ludzie uciekają od świata albo sposobów w jaki angażują się weń coraz bardziej lub stają się jego niewolnikami. Obok wszystkich, znanych wcześniej elementów, płyta zawiera nowe, zupełnie wyjątkowe, psychodeliczne brzmienie. Niezmiennie twarde i surowe lecz bardziej introwertyczne, pierwotna dzicz ustępuje miejsca refleksji; tak, ta muzyka jest do tego zdolna. Selfless jest ambient, lecz tylko w kategoriach przynależnych GODFLESH; mrok, wszystko służy spotęgowaniu melancholii, silnych i raczej ponurych emocji, zimnego, syntetycznego klimatu. Kompozycje z Selfless (black boned angel; empyreal) to swoiste soundscapes z koszmarnej rzeczywistosci. Mimo zupełnej absencji jakichkolwiek optymistycznych nut, do brzmienia GODFLESH wślizgneły się ślady melodii (empyreal; mantra), co czyni jedynie bardziej zmysłowym ciemny charakter tej muzyki. Nasza muzyka powstawała by uderzać brutalną siłą w emocjonalny rdzeń w ludziach. Na poczatku wszystko czego chcieliśmy to zmiażdżyć naszych słuchaczy, potem zechcieliśmy ich również hipnotyzować. To trudne do przełożenia na słowa, ale my obydwaj jesteśmy raczej introwertyczni, małomówni i zdystansowani jako jednostki, być może nawet nadwrażliwi. Odkryliśmy w końcu, że nasze emocje możemy wyrażać jedynie przez muzykę. Liryki GODFLESH, to przeważnie krótkie, urywane, wyplute z dławionego gardła, proste i silne wersy. Autentyczne, pozbawione zahamowań zamierzenie, by wyrzucić z siebie calą konfuzję, żólć i paranoje. Pozbyć się tą drogą lęków i bezsensu egzystencji. Sądzę, że im prostsze są moje rzeczy, tym lepiej docierają do innych. Nie myslę, aby większość rzeczy, o których mówię w swoich tekstach była zbyt osobista. One stanowią jakąś wizję świata i chyba wielu ludzi myśli w taki sam sposób. Wydaje się wspólne - to samo uczucie bycia tłamszonym, poczucie bycia niczym. Wyrażenie tego stanu nie wymaga wielu słów. Teksty są ostatnie w kolejności, gdy tworzę muzykę. Piszę muzykę a teksty przychodzą potem, są podyktowane tym co zrobilem z muzyką. See me, feel me, hear me/ you just ruin me/ hate me, forget me/ you don't see me/ come o, feel my spite/ see me, feel, hear me/ you just fuck me/ feel me, see me, you hear me/ you just ruin me/ forget me, hate me, you don't see me/ come on feel my spite/ come on suck my spite/ come on feel my spite Motyw Chrystkrżyza pojawia sie paralelnie do Streetcleaner na kolejnym lp GODFLESH zatytulowanym Songs of Love and Hate.('96 Earache). Zdjęcie pochodzi z pod Nowego Orleanu, z miejsca które jest odpowiednio nazywane Aleja Raka. Ta ciężka zabudowa przemysłowa w tle, to rafineria ropy naftowej, obok widzisz sasiadujacy z nią cmentarz. Miasto obok rafinerii. Prawie każdy, większość populacji tego miasta pracuje w rafineriach i umiera od tego na raka. Wtedy są chowani zaraz obok rafinerii, co tworzy pewien obieg – to pieklo. Użyte na wkładce zdjęcie szlachtowania jest autorstwa znanego fotografika Andresa Serrano, który współpracował z nimi wcześniej przy rezyserii clipu do singla Crush My Soul, blisko półgodzinny ep zawiera Crush my Soul i Xynobis, przetransponowane na ultrapsychofuckdub wersje w pełni odpowiadające temu słowu. Nowy album oznacza po prostu nowy, inny GODFLESH, zaskakujący wszystkich – ich zwolenników jak i tych którzy spisali ich już na straty. Songs of Love And Hate to kolejna porcja niepohamowanej agresji, podczas gdy Slavestate był efektem mariazu techno i gitarowego rzęchu to ten album jest otwartym nawiązaniem do rytmiki trip hip hop. Ich quasi psychodeliczny sound został zagłuszony przez bezlitosny zew wsciekłości. Przejmujaca i brutalna muzyka, pełna fatalistycznego przesłania. Na tej płycie posługujemy się realizmem. Rzeczy, jakie osiągneliśmy wcześniej są nadal aktualne ale w bardziej czarno – białym sensie. Nie próbujemy niczego zmieniać, nie możesz zmienić natury rzeczy. Zawsze bedzie silny i słaby. Zawsze bedzie istniało niewolnictwo, wojny i będzie przelewana krew. Nie mamy pozytywnego przekazu. Hunter// fear for your own survival/ you can't fight what you are/ you are still running/ fom yourself/ no escape/ from your own hell/ fear/ hunter/ inside you/ inside me/ you can't help but the hunter/ man the natural born destroyer Songs of Love and Hate jest uznawany za najmocniejszy lp od czasów Streetcleaner. Tak, ten album jest ekstremalny, lecz GODFLESH nie stworzył nigdy słabej płyty. Zastosowany tu klasyczny sound, nie jest jednak krokiem wstecz (niemożliwe u GODFLESH), automatyczne granie stało się bardziej live, do zmechanizowanego drum boxu dodano żywego perkusistę, gdy uznali, że koncepcja elektro cyfrowego rytmu została ostatecznie wyeksploatowana, eksperyment z perkusistą był naturalnym krokiem. Jako GODFLESH chcieliśmy, przede wszystkim tworzyć brutalną i ciężką muzykę, która nie mogła być inaczej klasyfikowana jak właśnie brutalna i ciężka. Ludzie chcą zazwyczaj grać muzykę według jakichś reguł, my nigdy nie czytaliśmy żadnych ksiąg z przepisami. Zawsze musimy iść do przodu, na szczęście ludzie, którzy lubią naszą muzykę podążają za nami. To esencjonalna rzecz – rzucać wyzwanie wcześniejszym zdobyczom. Niszczyć to co stworzyleś, albo niszczyć to co kochasz i rekreować to na nowo. To bardzo ważna lekcja. Tak sformułowane zasady przyświecały kolejnemu tworowi – zbiorowi remiksów pod nazwą Love and Hate in Dub. Idea tego typu nie jest niczym nowym u GODFLESH, przypomnijmy remiksy na Slavestate, jednak dopiero teraz zdecydowano się na pełen lp. Jest to całościowa reinterpretacja tytułów z Love and Hate dokonana w zupełnie dubowej, tech hip hop manierze. Eksperymenty z odmiennymi rytmami i takie potraktowanie tej muzycznej tekstury zdradza nowe pola inspiracji GODFLESH. Justin Broadrick był zawsze otwarty na różne wpływy, aktualnie GODFLESH znalazł się w orbicie hip hop, jednak hip hop w wydaniu GODFLESH to praktycznie jego odwrotność, zaprzeczenie. GODFLESH nie dba o miły groove, oni nie są zainteresowani w uprzyjemnianiu ci życia swoją muzyką. Mam nadzieję, że kolejna ich płyta będzie tego potwierdzeniem. Wydany właśnie Us and Them jest dla mnie jeszcze wielkim znakiem zapytania. A więc na czym polega rzeczony fenomen? Podczas kilkunastu lat działania GODFLESH, muzyka wokół przeszła różne transformacje- sample, ciężkie i nisko strojone gitary, automat i elektronika dodana do masywnego rąbania – te elementy nie wywolują już szoku. Metody obrane przez GODFLESH, pod koniec lat osiemdziesiątych, stały sie aktualnie powszechną praktyką. Z ich zdobyczy korzystają dziś całe rzesze innych muzyków. GODFLESH nie stworzył szkoły, ale wykreował precedens i ewoluował swoją własną drogą, z płyty na płytę doprowadzając ją do doskonałości, nikt nie może odebrać im miana pionierów. Każdy zespół próbujący dziś grać ciężką muzykę przy użyciu gitar jest skazany na, wymuszony lub nie, respekt względem GODFLESH. Moje uwielbienie nie jest wymuszone. Od poczatku jestem im wierny. Czytanie takiego artykułu, siłą rzeczy, składającego się z opisów nie służy niczemu bez indywidualnej autopsji. Żadne serie przymiotników i wycyzelowanych określeń nie oddadzą pełni przeżycia GODFLESH na żywo. Użyłem wszystkich tych słów typu mroczny, głęboki etc, by dać przynajmniej minimalną namiastkę tego czym są. Chcąc uniknąć bezcelowego mnożenia słów, nie napiszę już nic więcej. Ten zespół jest wielki. Justin Broadrick: zaczynał swoją muzyczną drogę w Birmingham uczestnicząc w grupie FALL OF BECAUSE (jak tytuł KILLING JOKE) i tworząc solo pod nazwą FINAL. Następnym etapem był znany większości NAPALM DEATH, którego był współzałożycielem. Zespół zadebiutował na początku lat 80 (1982), na wydawanych przez anarchopunkowy CRASS kompilacjach Bullshit Detector. Wkrótce później zaczął grać znacznie ciężej i brutalniej. Pod wpływem AMEBIX i innych pierwotnych crust punk grup próbował skojarzyć ze sobą bezkompromisowość hardcore typu LARM czy D.R.I z ciężarem CELTIC FROST. Justin był autorem większości tekstów i współtwórcą ekstremalnego grindcore na klasycznym albumie NAPALM DEATH Scum (1986). Po odejściu od NAPALM DEATH staje się perkusista innego bandu z Birmingham HEAD OF DAVID, pod jego przemożnym wpływem powstaje ich najlepszy lp Dustbowl. Gdy w 1988 zakłada GODFLESH nie oznacza to rezygnacji z innych muzycznych zamierzeń. Jego kolejne przedsięwzięcia to efemeryczne death techno projekty SWEET TOOTH i MIGHTY FORCE. Razem Kevinem Martinem jest filarem grających masywny dubowy ill hop i ambient TECHNO ANIMAL i ICE; jest uczestnikiem GOD (szerzej o tym w innym miejscu). Wraz z Mickiem Harrisem i Nikiem Bullenem (obydwaj także ex – NAPALM DEATH) współtworzył pierwszy album SCORN Vae Solis. Jego wszechstronna i ultraaktywna działalność nie kończy się na tych nazwach, oprócz kilkunastu projektów którym przewodzi, jest też częścią wielu innych, remiksuje i produkuje nagrania innych grup, prowadzi własną wytwórnię itd. Imponujące! Niewiele wiemy o muzycznym partnerze Justina, druga połowa GODFLESH Christian B. Green jest praktycznie incognito, znamy jego twarz, słyszymy go wyjątkowo dobrze (jego bass brzmi jak traktor- super!) ale on sam konsekwentnie pozostaje w cieniu. Oprócz nich w GODFLESH brali również udział Paul Neville (LOOP; CABLE REGIME), Robert Hampson (LOOP), Brian Mantia (perkusja na Songs of Love and Hate). Aktualnie do GODFLESH dołączył ex perkusista PRONG Ted Parsons, znany również ze SWANS. Czekam na ich najbliższą trasę, pomyśl o tym. © WIKTOR SKOK GÓRA MUZYKA SPIS |