GUMMO
I'm sick of everything


"I'm sick of everything... nie rozumiem co się do cholery dzieje z tymi ludźmi. Tylko siedzą na tyłkach i nie wiedzą o co chodzi. Cholerni, głupi ignoranci. Pieprzone palanty. Udają, że żyją...".

To było mi bliskie i to jest pewnie znane nie tylko mnie... Ten obraz może przemówić kiedy Tumbler - jeden z bohaterów filmu - nakręcony jakąś domową kamerą, zaczyna tańczyć do muzyki z tym tekstem. Wreszcie jakiś głos, który się wydobył z tej zhomogenizowanej warstwy ucywilizowanych i zajeżdżonych zachodnich społeczeństw, głos, który zerwał to piękne opakowanie, aby odsłonić to co gnije i mutuje się od środka. To było tak amatorskie, że aż prawdziwe! Już dość tych profesjonalnych zabiegów wysokiej klasy i zespołowych prac kilku ekip na planie, tej wielkiej troski o każdy rekwizyt i drobiazg, tych dopieszczonych zdań i dialogów... nie o to chodzi! Emocje, które wreszcie zostały pokazane w wiarygodny i sensowny sposób - bez nadmiernej stylizacji i wyrafinowania. Nazywać to nowym kinem albo znakiem pokolenia, byłoby czymś nad wyraz banalnym. Tego nie da się skwitować takim frazesem. To raczej jednostkowa i osobista reakcja na rzeczywistość i jej hollywoodzki wykładnik. Oglądając ten film odnosi się wrażenie, że to bolesne świadectwo rozczarowania miałką i senną egzystencją ludzi ukształtowanych przez względny komfort i izolację; że to rodzaj udręki i pasji przetworzonej w dzieło filmowe; frustracji i desperacji, które się rodzą w łonie społeczeństwa zdominowanego przez kulturę zbiorowej nieświadomości.

GUMMO, wyreżyserowany przez zaledwie 23-letniego HARMONY KORINE, oczywiście nie mógł być opowiedziany w tym typowym, wygładzonym i kabotyńskim stylu właściwym dla filmów wychodzących z wielkich wytwórni. To, że krytycy z New York Times i inni ze stron www obwołali go najgorszym filmem 1997r. nie powinno być zaskakujące. Można to potraktować jako najlepszą reklamę i rekomendację! Tak formułowane opinie dotknęłyby z pewnością twórców wielkich kinematograficznych produkcji, ale mierzone do filmów niespodziewanych, debiutanckich, autorskich, muszą przecież działać zupełnie inaczej...

Tutaj zainteresowanie powinien wzbudzać też fakt, że te wszystkie pojawiające się w recenzjach inwektywy: "ohydny", "wstrętny", "zły", "paskudny", "niedobry", etc., zastępowane są w innych recenzjach terminami przeciwnymi. Od razu można sobie przypomnieć, że w podobnie ambiwalentny sposób wypowiadano się o tej całej fali "złych cynicznych filmów" z lat 90-tych; o Wściekłych psach i Pulp Fiction Quentina Tarantino, o Urodzonych mordercach Olivera Stone´a, o Człowiek pogryzł psa Remy´ego Belvaux i innych (by nie wspominać o masie tandetnych pikantno - obyczajowych sensacji), które zgodnie ze swoją strategią marketingową z założenia miały budzić kontrowersje. Wydaje się jednak, że zasadne będzie wyjaśnienie, że zbieżność tych ocen i polemik z filmem Harmony Korine jest tutaj tylko pozorna. Przede wszystkim GUMMO nie jest produktem z Hollywood, o którym mówi się w kategoriach straty i zysku, jest wypowiedzią stricte autorską, zatem cynizm i dystans do rzeczywistości są tu zupełnie innej miary. Nie jest to więc kokieteryjna sztuczka błyskotliwych producentów ani wyrafinowany, modny film dla wyluzowanych młodzieńców szukających właśnie rozrywki. Nie ma pościgów z pistoletami ani tricków przy których śmieje się cała widownia. Check out your neighbour! To raczej wgląd w to co zawsze w życiu chciałoby przeoczyć.

Aby rozwiać wątpliwości zacytujmy autora GUMMO, który dość jednoznacznie wypowiada się na temat ewentualnych koneksji między swoją twórczością a kinem reprezentowanym przez Tarantino: "Nie mam z nimi nic wspólnego. Sposób w jaki robię filmy i sposób w jaki postrzegam te filmy czy historie jest zupełnie odmienny (...). Nie odnajduję żadnych podobieństw w swej pracy i swojej wrażliwości z Quentinem Tarantino. Jego filmy są tym czym są. To pop kultura i dla mnie ten pop jest nawet zabawny, tyle, że jest pusty".

Mówiąc o filmowych inspiracjach, Harmony Korine wymienia przede wszystkim takich reżyserów jak CASSAVETES, HERZOG, GODARD, FASSBINDER... Już samo zestawienie tych nazwisk może świadczyć o tym, że wpływ na twórcę GUMMO mogą wywierać artyści posługujący się dość różną optyką w spojrzeniu na rzeczywistość. Kilka charakterystycznych i wspólnych im cech określa jednak wyraźnie sferę zainteresowań debiutującego reżysera koncentrującą się wokół kina psychologicznego i antropologicznego. W jego filmach priorytetowe znaczenie będzie miał zawsze wyeksponowany na pierwszym planie człowiek - osadzony w swojej kulturze, obarczony swoimi problemami i umownie nazwany aktorem. GUMMO, przepełniony takimi postaciami, staje się filmowym collagem złożonym z wielu nakładających się na siebie charakterów i ani fabuła, ani intrygi między nimi nie są dla Korine tak ważne jak prosty i dobitny portret tych ludzi - zwyrodniałych, infantylnych albo przytępionych i zupełnie nieatrakcyjnych.

Wytatuowany, młody reżyser, a także twürca instalacji i autor książki A CRACKUP AT THE RACE RIOTS, od dziecka wychowujący się w muzycznej atmosferze tak mrocznych gwiazd jak BLACK SABBATH albo takich kapel jak MINOR THREAT czy BAD BRAINS i mający już na swoim koncie clip dla SONIC YOUTH, umiejscawia swych bohaterów w bardzo współczesnym kontekście kulturowym. Bardzo wnikliwe wejrzenie we wszystko to co określa się mianem "kultury niższej" i "subkultury" daje prawo przypuszczać, że to co pokazuje Korine musi być w jakiś sposób poparte osobistym doświadczeniem. W jego filmach grają dające się zauważyć plakaty i T-shirty z nadrukami i widać, że tego typu akcenty nie są przypadkowe Tak samo jak siermiężny death metal czy grind core dające się usłyszeć w soundtracku. (A propos: z tą drapieżną kulturą nie poradzili sobie polscy tłumacze, przekładając krwawiące logo SLAYER na lepiej brzmiące... "RZEŹNIK").

Obiektyw kamery Korine skierowany jest na dalekie peryferie toczących się aktualnie spraw, na ten niemal martwy margines ludzi odrzuconych, żyjących gdzieś i ukrytych w tym najbardziej ucywilizowanym USA. Odnosi się wrażenie, że kraj ten przesiąknięty jest takimi ludźmi, że nie pozna się Ameryki dopóki nie zniszczy się w sobie jej mitu, nie zabije w sobie turysty. Więc trzeba zburzyć w umyśle wszystkie drapacze chmur, Statue of Liberty i Wall Street, podeptać Las Vegas, Los Angeles i jego Hollywood, zapomnieć o tym błogosławionym, poczciwym Południu... Ten rozległy obszar dobrobytu i nudy, leżący pod opiekuńczym kapeluszem kowbojskiego stanu i karmiony etosem przedsiębiorczego jankesa, to tylko rodzaj cudownego mitu - mitu, który ukrywa mentalne zwyrodnienie ludzi żyjących w tym świecie.

Oto miasteczko Xenia w Ohio, naznaczone piętnem i powracającą wizją tornada. Od czasu katastrofy ludzie nie robią z sobą nic, tylko pogrążają się we własnych śmieciach. Wydaje się, że bezbronność i bierność tej populacji sama prowokuje i w jakiś niezwykły sposób zasysa w siebie tę potworną siłę zamętu i wyładowań... Dwaj młodzi chłopcy polują na koty i oddają je do skupu, potem ćpają i błąkają się po okolicy. Ich konkurent, młodociany transwestyta, opiekuje się swoją babcią leżącą bez świadomości w komie. Milutkie sex blondies powiększają sobie sutki plastrami, bawią się i malują sobie paznokcie pod okiem dobrodusznych fat mutant women jakich pełno w Ameryce. Bliźnięta jednojajowe. Kilkuletnia dziewczynka relacjonuje kazirodczo-pedofilski stosunek ze swym tatusiem (to wzięte z BRIGHTER DEATH NOW). Młoda i szczęśliwa albinoska bez palców u nóg opowiada o swoich idolach. Dwaj spasieni bracia, zaczątki modelowych nazisów (de facto zaprzyjaźnieni z Korine skinheadzi), wychowywani na świadküw Jehowy cieszą się życiem po zabójstwie rodziców. Sataniści dokonują obrzędu. Murzyn, karzeł i gej w jednej osobie stoi uradowany w koszulce z flagą Izraela - właśnie wygrał pojedynek na rękę. Jego rywal, oszołomiony porażką grubas, rozstrzaskuje stół wśród śmiechów. Typowe lower-class kids gawędzą o torturowaniu zwierząt. Żałosny i opuszczony gej zwierza się ze swych problemów (gra go sam Korine). Kot topi się w beczce. Tu i tam krąży chłopiec w czapce z ogromnymi zajęczymi uszami.

Harmony Korine dał się już poznać pisząc scenariusz do KIDS (1995) Larry Clarka, gdzie seksualny hedonizm nastolatków był wyrazem ich ślepego popędu i ignorancji. Ta szeroko reklamowana, dość przeciętna, ale poprawnie zrealizowana produkcja, umożliwiła mu pracę nad własnym projektem. Powstały w 1997r. GUMMO okazał się o wiele bardziej nowatorski i dużo ciekawszy od KIDS. Korine jeszcze głębiej spenetrował w nim tę kulturę błogiej nieświadomości - posunął się tu aż do granic mentalnej i fizycznej patologii. Bezkompromisowe podejście reżysera dało się już odczuć w samej strukturze filmu: pozbawiony fabuły nie posiadał też ani początku ani końca. Coś co sam autor określił jako anty-hollywoodzki "genre fuck" stylistycznie przypominać może prywatny video-pamiętnik ze swoim mixem różnych postaci i zdarzeń. Wrażenie to potęguje wielość użytych mediów: kamery 35mm, Super 8, a także video i aparat Polaroid, choć od razu trzeba dodać, że ten z zamiaru zgrzebny efekt jest zgoła odmienny od nowych trendów emitowanych z MTV. Twardy montaż, głos zza kamery, aktorzy wzięci z ulicy, filmowanie z ręki i zdjęcia, które wydają się być improwizowane albo kręcone ad hoc pozwalają zaliczyć Korine do twórców ubóstwianej, założonej przez Larsa von Triera DOGMY. Mimo, że sam podpisuje się pod takim hasłem to widać wyraźnie, że niewiele ma on wspólnego z hipokrytycznym podejściem twórcy tego manifestu i jego mdłym "naturalistycznym" kinem z udziałem popularnych piosenkarek. Ocierający się o dokument GUMMO przekonuje o wiele bardziej - jest bardziej autentyczny. Z pewnością też nie przekona tych, których nie razi w oczy pretensjonalność Triera.

Mimo, że Korine miał dość dużą swobodę przy kręceniu swojego filmu, jego realizacja nie była wcale bezproblemowa. Ingerencje producentów musiały być dość uciążliwe dla młodego reżysera ale tę stresującą sytuację rozładował jeden z jego przyjaciół, który podszedł do niego mówiąc: "Pieprz tych gości! Rozpalimy każdego! Tylko ja, ty, pieprzone oświetlenie i dźwiękowiec". "To było takie punk! - odpowiada Korine - byłem tym tak naładowany: poczułem, że nie mógłbym przegrać".

Aby realizować zasadę D.I.Y., nie trzeba mieć przy kręceniu filmów ukończonej szkoły filmowej i setki agentów wokół siebie. "Nienawidzę tego gówna - mówi Korine - to pożera duszę kina. Robienie filmu stało się wielkim procesem, a to wszystko śmieci. Wszystkie te bogate dzieciaki, które chciały być doktorami, teraz chcą być filmowcami, ale mają tylko trochę życiowego doświadczenia i piszą naprawdę gówniane rzeczy dla siebie. To doskonałe jeśli jedziesz do Hollywood i spotykasz się z ludźmi, którzy finansują filmy, bo ci goście są tak samo popieprzeni. Oto dlaczego filmy są tym czym są teraz i dlaczego od dwóch lat na nie nie chodzę".

Tak wypowiadał się Harmony Korine w rozmowie z jednym z najbardziej cenionych przez siebie reżyserów - WERNEREM HERZOGIEM. Zdecydowane i sugestywnie wyrażone stanowisko autora GUMMO pozwala przypuszczać, że jego kolejne dzieła nadal będą powstawać poza wielkim przemysłem filmowym i nie będą schlebiać gustom masowej publiczności. Talent i zacięcie młodego reżysera musiały spodobać się twórcy Stroszka i Aguirre, gniew Boży, skoro zgodził się on wystąpić w jego nowym filmie JULIEN DONKEY-BOY (1999) i stać się dla niego przyjacielem i kimś w rodzaju nestora. Wybitny i uznany artysta o nadzwyczajnej osobowości, po obejrzeniu GUMMO, przyznał się wprost do pewnego pokrewieństwa duchowego z twórcą tego filmu. To pokrewieństwo wydaje się bardzo wyraźne jeżeli się pamięta Nawet karły były kiedyś małe (1968) niemieckiego reżysera, który jest zresztą ulubionym filmem Korine. Herzog, którego samorodna twórczość nie poddawała się komercjalizacji i zawsze pozostawała poza jakimkolwiek filmowym nurtem, w niezwykły sposób pokazał w tym filmie społeczność karłów, które wydostając się spod kontroli, kreują własny świat anarchii i chaosu. Ten sam prześmiewczy stosunek do norm etycznych i konwenansów ujawnia egoistyczna i nieprzejednana natura żebraków w Viridianie (1961) LUISA BUŇUELA. Taki lejtmotyw szyderstw i wzajemnych pretensji między ostro zarysowanym światem "lepszym" a światem "gorszym i pokracznym", przywodzi również na myśl Freaks (1932) - kultowe dzieło TODA BROWNINGA o zbuntowanych cyrkowych dziwolągach; upośledzonych i niedorozwiniętych ludzkich tworach, które bez przerwy wyśmiewane i wykorzystywane występują przeciw swym ciemiężycielom. To z kolei może przypomnieć Człowieka słonia (1980) DAVIDA LYNCHA - historię "błędu natury", zdeformowanego chłopca wystawianego w poniżający sposób na pokaz w jednym z tych XIX-wiecznych objazdowych i mrocznych teatrzyków. Istotę tak samo zagubioną w unormowanej i konwencjonalnej rzeczywistości jak bohater Zagadki Kaspara Hausera (1974) WERNERA HERZOGA. Te skojarzenia można oczywiście kontynuować dalej... przez wiele filmów czy utworów literackich...

Aby zakończyć temat powiedzmy o jednej rzeczy, która czyni te dzieła wyjątkowymi: to przede wszystkim to, że w rolę tych kretynów, karłów i kaleków nie mógłby się wcielić żaden Patrick Swayze...



© ANDRZEJ GAGZ (2001)

GÓRA    FILM    SPIS