SUICIDE



Okładka pop płyty. Na białym tle ociekające krwią litery, zupełnie jak po podcięciu sobie żył w wannie. SUICIDE – samobójstwo, antyspołeczne hasło, próba radykalnego zaprzeczenia narzuconej rzeczywistości: jesteś członkiem społeczeństwa, nie jesteś sam, twoje ciało nie jest tylko twoje- należy do innych, masz wobec nich obowiązki. W kulturze zachodu samobójstwo wciąż pozostaje tabu, w amerykańskim społeczeństwie dobrobytu jest wręcz spenalizowane [samobójstwo = morderstwo]. Przez szereg lat USA były krajem, gdzie próba samobójstwa była karalna. Nazwa SUICIDE to jawny gwałt na optymizmie „american way of life". It's doomsday. Doomsday. W dobie pełnych seventies, kiedy punk zapowiadali dopiero tacy jak NEW YORK DOLLS czy WAYNE COUNTY, w NYC powstawał nowy sound -SUICIDE. W czasie gdy cały świat zachwycał się disco albo jakimś wielkim rockiem, w Nowym Yorku Alan Vega i Martin Rev stworzyli minimalistyczny w instrumentarium i maksymalistyczny w wyrazie duet. Tylko wokal i elektronika; totalny brak kompromisu- ich muzyka była nie tylko policzkiem wymierzonym powszechnym gustom tamtych czasów, stanowiła także potwarz dla klubowej publiczności. SUICIDE na scenie stale generował aurę konfrontacji i nienawiści. Nie pozostawiał nikogo obojętnym. Shows w ciemności i oślepiającym, stoboskopowym białym świetle. Wyzywający guerilla chic- Vega z pięścią w górze, w czarnej opasce na ramieniu, Rev niezmiennie w czarnych okularach, skupiony za aparaturą. Prowokacyjna czerwona gwiazda. Rewolta i konfrontacja. SUICIDE versus publiczność. Do tego zupełnie niestrawna dla rock'n'rollowej publiki, ogołocona z wszelkich ozdobników, brudna muzyka – syntezator, elektroniczne efekty i jednostajny, monotonny rytm automatu perkusyjnego. Dream Baby Dream. Pierwszy album SUICIDE, nazywany dziś pionierskim dla muzyki lat 80 i 90, to przesterowane słodkie melodie na tle maszynowego rytmu. Piosenki o amerykańskiej śmierci (Rocket USA) i antyrelaksująca, napięta muzyka, pełna miejskiej paranoi. Sławny Frankie Teardrop to psychotyczny portret mieszkańca przemysłowej metropolii; duch Iggy Popa jest wszechobecny, słychać to co zostało z VELVET UNDERGROUND. Ktoś mógłby powiedzieć, że ta muzyka jest chora, lecz ten „ktoś" nigdy nie sięgnie po SUICIDE. Drugi lp, (także bez tytułu) niesie czystsze, chłodniejsze, miłe brzmienie (czy tylko za sprawą produkcji Ricka Ocasek'a z THE CARS ?) i dowodzi amerykańskości SUICIDE. Mimo całego „awangardyzmu", w muzyce duetu słychać zawsze tradycje popularnej amerykańskiej rozrywki, nawet rockabilly i Elvisa. Obrazu ówczesnej muzyki SUICIDE dopełniają zapisy koncertów: Half Alive; Live at CBGB's i 23 Minutes over Brussels -absolutnie doskonałe elektropunkowe wystąpienia. Zaczepne okrzyki do publiczności, charakterystyczny rozedrgany wokal, dużo hałasu i ckliwe melodie. Oprócz wymienionych, w dyskografii SUICIDE znajdują się również albumy o tytułach jak Ghost Riders; A Way of Life i Why Be Blue- słyszałem dwa ostatnie, są całkiem ok. zwłaszcza A Way of Life, nie mają jednak zbyt wiele wspólnego z klasycznym SUICIDE, tym z pierwszej płyty (Red Star 1977). Są inne, lecz nie podzielam poglądu wielu krytyków, że są bezwartościowe. Wbrew pozorom z SUICIDE pozostało bardzo dużo (pomijając to, że nigdy nie przestali grać), jako jedyni kreowali tę unikalną- miłą atmosferę ich love songi mają w sobie kicz, mają w sobie szum, są seryjne i mechaniczne. SUICIDE inkarnowali archetyp grup z minimalnym elektronicznym instrumentarium i wokalem, które później miały zdobywać szczyty, na przykład SOFT CELL czy DAF. (W tamtych latach nikt nie wierzył w powodzenie grupy bez gitar i perkusji). Późniejsi THE JESUS AND MARY CHAIN albo PUSSY GALORE mają u nich także wielki dług. Dzisiejszy renesans SUICIDE nie jest dla mnie zaskoczeniem, wraz z innymi „zapomnianymi" to oni stworzyli dzisiejszą muzykę a nie ci, o których rozpisywano się przez ostatnie dziesięć lat.

WIKTOR SKOK




Suicide

Oto fragmenty rozmów przeprowadzonych w ostatnich latach z członkami reaktywowanego SUICIDE. Wywiady przeprowadzili ich dawni promotorzy
i menagerowie ich macierzystych wydawnictw, w końcu lat 90. Wkrótce później Alan Vega i Martin Rev rozpoczęli współpracę z fińskim PANASONIC, efektem są: Endless LP i Medal 12'. Czytaj o starych czasach i słuchaj aktualnego szumu.



Skąd to ponowne zainteresowanie pierwszym albumem SUICIDE ?
Vega: Być może dlatego że był dobry i wytrzymał próbę czasu. Ludzie wciąż mogą go słuchać. Słyszeliśmy od dzieciaków, że gdy puszczają go na imprezach- inni mówią „wow kto to zrobił?", jakby to był jakiś nowy zespół. To jest jak dobry bluesowy album, sam nie chciałbym się stawiać w tej kategorii, ale może wywołuje on podobny feeling... To płynie zawsze prosto z serca, dobre czy złe. To po prostu jest autentyczne.

Ludzie mówią, że byliście głosem zdeklasowanych.
Vega: W pewien sposób, Powiedziałbym że były to najlepsze a zarazem najgorsze czasy. Nie mieliśmy gdzie się odlać, praktycznie żyliśmy na ulicy, stąd te określenia. Przychodzili ludzie, wchodzili do klubu i myśleli, że będą zabawiani a u nas praktycznie było to jak wyjście z ulicy z powrotem na ulicę, stąd ta cała nasza konfrontacja... Fakt, nie zabawialiśmy ich lecz torturowaliśmy... bez litości. Rev: Czy mogę na chwilę zagrać w adwokata diabła ? Myślę, że to było jak jakieś sprzęgnięcie w pewnych środowiskach, te kręgi potrzebowały czegoś takiego by dalej żyć. Prawdopodobnie istniały inne środowiska gdzie ktoś mówił: co to jest, ten cały SUICIDE ?-nigdy nie słyszeliśmy o żadnym SUICIDE. Nie znaczy to aby byli otwarcie nam wrodzy... Tak jak powiedział Alan, jeżeli płyta jest dobra przetrwa pokolenia. Vega: Robię teraz więcej muzyki niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu... Uczestniczę w siedmiu czy sześciu różnych rzeczach na raz. Jeżeli spojrzysz na ludzi robiących aktualnie nasze kawałki... to cały czas się nasila, jest tego więcej niż kiedykolwiek. To nowa generacja, trzecia generacja. Mija dwadzieścia pięć lat od naszego startu. Rev: Wszystko wyryte w kamieniu, jak diamentem, powie ci że wszystko co stworzyłeś przetrwa z racji swojego rzemiosła. Nie sądzę abyś mógł wskazać to dokładnie palcem ale mieliśmy coś, jakąś chemię [chemistry], kombinację. To co robił Alan, jego liryki, moje brzmienie, nasza chemia na scenie, grooves, sposób wyrazu.

Ta tajemnica jest czymś co przyciąga, co intryguje.
Rev: Tak, mozartowskie tria fortepianowe też nie miały żadnego widocznego społecznego odbioru, ale jest w nich magia, jest wibracja. Jest coś co wciąż działa i trwa.

A wasze brzmienie... „hi tech spotyka low tech, spotyka minimalizm" ?
Rev; To jak odcisk palca, to jest całkowicie moje, własne. To wypływa z całej wielkiej serii zbiegów wydarzeń i wypadków. Również z genów, zewsząd.

Jak się mają techniczne szczegóły elektroniki, której używaliście. Widać wielką różnicę w brzmieniu, między pierwszym i drugim albumem SUICIDE... czy wciąż posiadacie ten sprzęt i możecie odtworzyć brzmienie pierwszego lp ?
Rev: Na pierwszej płycie miałem automat perkusyjny i organy Farfis, których już nie mam. To była podstawa.

To wszystko ?!
Rev: Tak, oprócz tego parę box-efektów. Kiedy trafiliśmy do studia producent powiedział: spróbujmy to nagrać bez tych boxów. Vega: To były efekty Electro Harmonix. Rev: Pierwszą płytę nagraliśmy w około 4 godziny.

Z jakiego okresu pochodzą taśmy z prób dodane do reedycji cd waszego Drugiego Albumu ? *
Rev: To były pierwsze rzeczy, które zrobiliśmy kiedy zdobyłem automat perkusyjny. Chcieliśmy użyć ich jako demo, aby wypuścić je i próbować zdobyć jakiś kontrakt. To wspaniałe, że te taśmy są nadał zdatne do słuchania. Były nagrywane na dwuścieżkowy magnetofon szpulowy. Alan miał taki magnetofon. Nagrywaliśmy mikrofon na jedną stronę, reszta szła na drugą. Robiliśmy to w piwnicy na Greene Street. Alan miał tam mały pokój gdzie wtedy żył. Nie było nad nim prawdziwego dachu. Cztery ściany a reszta to miejsce do rysowania. Gdy słuchasz teraz tej taśmy – Alan jest po jednej stronie a to co zostało z muzyki znajduje się po drugiej. Vega: Przypuszczalnie tą taśmą rozpoczęliśmy nową szkołę grania. Rev: Jest tak przestrzenna i elektroniczna, to realna przestrzenna rzecz. Jest tam kilka fragmentów, które pojawiły się na taśmie Half Alive z wytwórni ROIR.

Czy pamiętacie pierwszy show SUICIDE ?
Rev: To było w 1970. Vega: Pod koniec 70.

Gdzie to było ?
Vega: Project of the Living Artists. Marty grał tego wieczoru na perkusji, przy okazji- jest bardzo dobrym perkusistą. Rev: Była tam jakaś impreza. To był okres wojny wietnamskiej. Było w tym dużo polityki. Pokazy tańca, slajdy... Ktoś z kim wcześniej grałem powiedział mi o tym miejscu, znalazłem się tam i zagrałem na dwóch gigs. Szalony free stuff. Widziałem tam już wcześniej Alana, przyszedł raz kiedy grałem. Zaczęliśmy jam i wnet zaczęliśmy regularnie grać razem. Oprócz nas był jeszcze był jeszcze Paul, grał na gitarze.

Alan, jeszcze wcześniej miałeś indywidualne shows ze swoimi rzeźbami ? **
Vega: Tak.

Widziałem kilka twoich pokazów, były super. Ale to musiało być już po zaistnieniu SUICIDE, wiedziałem już wtedy skąd jesteś.
Vega: Tak jest, zacząłem w OK. Harris Gallery, tam gdzie miał miejsce drugi show SUICIDE. To było w 1971 i było to jedyne miejsce w jakim mogliśmy wtedy zagrać. Potem zacząłem wystawiać u Barbary Gladstone, już po tym jak zadebiutowaliśmy z SUICIDE.

Czy wciąż rzeźbisz ?
Vega: Przez ostatnie lata byłem za bardzo zajęty muzyką. Ale zrobię to kiedy poczuje moment. Być może teraz gdy będziemy mieć małą przerwę. Mam nadzieję, że zacznę jeszcze do tego powracać. Mam nadzieję. Zawsze kiedy myślę, że czas już przestać, znów się w coś wciągam. Dobra, nie myślę o emeryturze, nigdy na nią nie pójdę. Wiesz co mówię. Tak jak myślę, że zrobimy sobie rok przerwy i porobimy coś innego jak okradanie banków albo... Jest cała nowa generacja młodych, którzy właśnie odkryli SUICIDE- wczesne rzeczy Alana Vegi i Martina Rev. Wielu z niech nie było jeszcze na świecie kiedy SUICIDE zaczynał ale wiedzą więcej o nas niż ja sam. Każdy kawałek, każde słowo, każdy niuans, wszystko. W głowie się przewraca.

Pierwsze płyty jakie sobie kupiliście.
Rev: Moją pierwszą był At the Hop Danny and the Juniors. Następnie była Get a Job Silhouettes. Vega: Zdecydowanie Elvis. Słuchałem go w drodze do szkoły, dla zabawy. Potrzebowałem czegoś z wyrazem. Rockabilly. Fats Domino. Rev: Każdego dnia słuchałem American Brandstand, to było o 3 po południu, kiedy wracałem ze szkoły Vega: Co pierwsze mnie ruszyło? MARK AND THE MYSTERIANS. Oni mnie powalili.

Jaki jest wasz muzyczny background ?
Rev: Moja rodzina była umuzykalniona. Kiedy miałem 3 lata robiliśmy w domu jam sessions z moim ojcem i bratem. Mój ojciec był zupełnie naturalnym muzykiem i nigdy nie potrafił czytać nut ale w każdą niedzielę brał mandolinę i grał piosenkę za piosenką, bez nut. Ja byłem za perkusistę. Mój brat grał na akordeonie i tak tworzyliśmy trio. Później chodziłem na lekcje fortepianu, których naprawdę miałem dość i dlatego zacząłem grac rockowe rzeczy, rythm'n'bluesowy stuff. To miało dla mnie te siłę aby iść dalej. Rock piano jest takie proste... bierzesz sześć miesięcy lekcji i już możesz grać. Jazz dotknął mnie mocno we wczesnych latach 60 i stał się dla mnie pod względem instrumentalnym dużym wyzwaniem. Pierwszym jazzowym pianistą, który porządnie mnie kopnął, kiedy miałem 15 czy 16 lat był Thelonious Monk. Jego image był tak miejski, tak nowojorski, bardzo w porządku. Nawet w pewien sposób chasydzki. Wiesz- czapki, brody... To było całkowicie zgrane z tamtymi czasami i bardzo na mnie wpłynęło. On był jak ten hipster, pojawił się na okładce Time, pisano o nim w Life, miał kontrakt w Columbia Records i grał wielki koncert w Five Spot. Nie było dla mnie nowszej, świeższej rzeczy w tamtym czasie. Vega: Zastanawiam się ilu młodych ludzi dzisiaj, muzyków – czystych muzyków, słyszało o Thelonious Monksie. To zupełnie tak jak z SUICIDE. Są też inni goście jak Cecil Taylor... ilu ludzi o nim słyszało? Rev: Cecil Taylor był jak punk jazzu. Był końcem pewnego cyklu. Jeżeli urodziłbym się, dajmy na to 20 lat wcześniej, nie byłoby nawet potrzeby robić tego jak my to zrobiliśmy, mogliśmy istnieć w świecie takim jak jazz i być zupełnie otwarci. Jak Coltrane, tej tradycji były wciąż tereny do eksploracji... Vega: Rzeczą która była u nas zupełnie specjalna było to jak używaliśmy automatu perkusyjnego, nie byliśmy w tym pierwsi, robili to już muzycy w żydowskich knajpach- mitzwas, klezmerzy. Chodziło o sposób w jaki my się nim posługiwaliśmy. Ludzie krzyczeli: „gdzie są te jebane bębny ?! nie mają nawet gitary !". Nie mieć w swoim składzie bębnów i gitary, było w tamtym czasie jak pieprzona obelga w twarz publiczności. Rev: Łamaliśmy ogólny status quo. Większość zespołów robi to tu i ówdzie, ale my łamaliśmy te niepisane przepisy przynajmniej w czterech planach. Pierwszym była nazwa, potem liczebność grupy, fakt że nie było perkusisty ani gitarzysty, dodaj do tego strach na naszych koncertach. Sposób w jaki występowaliśmy. Płynęliśmy definitywnie pod prąd.

Niesamowite, nie mogli znieść SUICIDE a teraz wiele zespołów to duety- tylko keyboard i gramofony.
Rev: Czasy się zmieniają. Vega: Wychodząc z lat 60, wtedy wszystko stało pod znakiem: gitary i perkusja. Marty i ja wiedzieliśmy instynktownie, że to wszystko jest w brzmieniowym sensie martwe. Marty kupił automat perkusyjny, znikąd. Nie był on nawet wyprodukowany przez jakąś firmę muzyczną. Kto go wyprodukował – fabryka mebli ? Rev: Drewniane pudełko. Cieszyłem się, że znalazłem ten używany dynks za 30 $, co dla mnie i tak było fortuną w tamtych czasach. To wisiało nad nami. Szukaliśmy perkusisty i znaleźliśmy się w martwym punkcie. Granie w zespole to ciężka rzecz... Automat perkusyjny miał dla mnie sens. Jest bardziej skłonny do współpracy i nie musisz mu mówić aby tu przestał grać. Możesz aranżować bez słów. Vega: Tym, że nie mieliśmy gitar ani perkusisty dosłownie wywoływaliśmy burdy. Usunęliśmy ich bogów z lat 60. Dopiero w latach 80 nadeszły czasy różnych SOFT CELLs.

Opowiedzcie o elementach konfrontacji w waszych performances.
Rev: To było rewolucyjne, możesz tak to nazwać. Wołaliśmy: rozwalić establishment... nadchodzi nowy świat Vega: Mówiłem Martiemu, do diabła jesteśmy prawdopodobnie dziesięć lat do przodu. Będziemy w porządku w latach 80, kiedy mieliśmy lat 80 jęczeliśmy: shit, może to będzie dopiero za dwadzieścia lat. Ale i tak wciąż słyszę ludzi, którzy mówią że ta muzyka będzie dobra nawet w 2016. Kto wie ? Nazwa SUICIDE nie brzmi już tak niedobrze, pamiętam ludzi którzy chcieli mnie za nią zabić. Chodziłem w skórzanej kurtce z wyćwiekowanym napisem „suicide". Samochody się zatrzymywały a ludzie chcieli mnie bić za to słowo. Rev: A ja myślę, że nie zmieniło się aż tak wiele. Myślę, że jesteśmy wciąż kontrowersyjni. Zawsze jest coś nie tak z samobójstwem jako społeczną postawą. Ona jest wciąż niebezpieczna, odpychająca dla niektórych.

Czy wcześniej nie orientowaliście się, że będziecie mieli problemy z nazwą typu SUICIDE ?
Vega: Nie wiedzieliśmy czego oczekiwać, musieliśmy z tym walczyć, byliśmy naprawdę zaskoczeni kiedy nas to spotykało. Wzięliśmy nazwę z komiksu pod tytułem Satan Suicide. Rev powiedział by wyrzucić słowo Satan. Rev: Nie to nie byłem ja, to gość który nie miał z nami nic wspólnego. Nie wiedzieliśmy nawet kim on był. Ale kiedy się na to zdecydowaliśmy, to miało dla nas wielki sens. Dla każdego z nas była to rock'n'rollowa nazwa akcji. Vega: NYC stał się wtedy naprawdę złym miejscem. Nie mieliśmy wcale forsy. Spałem w pieprzonym namiocie i odmrażałem sobie tyłek. Tak to wyglądało do czasu aż, jak powiedzieliśmy, oświeciło nas, spojrzeliśmy na siebie i „zrobiliśmy to". Czasem kiedy patrzę wstecz, nie mogę uwierzyć jak byliśmy wtedy czyści. Rev: To było szalone. To był nasz plus. Myślałem wtedy że ludzie to polubią...

Zawsze myślałem, że SUICIDE był komercyjny.
Vega: Zawsze w to wierzyłem.

Słyszałem wasze kawałki, które powinny być grane w radiu.
Rev: Tak też robiliśmy. To nam dawało motywację. Myślałem: wow, to będzie największa rzecz od czasów... Vega: Jak tylko byś pomyślał, czasy się zmieniają. Spójrz na to co dzieje się na przykład z doktorem Kevorkianem. Wiesz o czym mówię. Eutanazja była już stosowana w Holandii. Coraz więcej ludzi będzie czyniło takie wybory, dlatego ze medycyna nie zrobi tego za nas. Nie mamy wyboru kiedy się rodzimy, być może będziemy mieli wybór w umieraniu. To także część tej filozofii. Chcieliśmy dotykać rzeczywistości. Rev: Musieliśmy przekroczyć pewną miarę. Jeżeli bylibyśmy bardziej rozsądni mielibyśmy jakąś nazwę która zaprasza ludzi, uwodzi ich...

Ktoś to robi i cierpi, w rezultacie... historia się toczy.
Rev: Nie wierzyliśmy w to. Chcieliśmy się wypowiedzieć, gdzie jest po temu najlepsze miejsce ? W rocku. Bo rock, w latach 70 miał otwarte granice. Mogłeś grać elektronikę i ubierać się jak chciałeś. To było tak: co teraz, do diabła, zrobisz by być tym następnym ? Vega: Zrobiliśmy gig, myślę że to był początek 71 w OK Harris Gallery i nazwaliśmy go A Punk Rock Mass. Tak było na flyerze, który rozsyłaliśmy. Każdy woli mówić, że to Anglicy wymyślili punk, albo że RAMONES byli punk albo DOLLS byli punk. Ale pozwól mi powiedzieć – przed nimi wszystkimi był SUICIDE.

Well, był też punk w połowie lat 60...
Vega: Wtedy nie był nazywany punk. To był garage rock. My pierwszy raz użyliśmy tego słowa. Rev: Mam te stare flyery. Kiedy punk załamał się a wszystkie grupy podpisywały kontrakty jak RAMONES, cała nowojorska scena. My byliśmy ostatnimi pozostałymi na Manhattanie, którzy nie podpisali kontraktu. To było tak: podpisali już wszyscy, każdy oprócz SUICIDE, ale oni i tak są zawsze na końcu. Czyli to brzmiało: na nich przyjdzie także czas... Vega: Pamiętam kiedy graliśmy jako headliner po CHEAP TRICK. Pełno zespołów zostało gwiazdami po tym jak grali jako nasz support. My jednak wciąż robiliśmy swoje w tych spelunach, to stało się regułą... Mówili: zobaczymy czy ci goście mogą zagrać dla publiki SUICIDE...

Wcześniej Iggy Pop był dla was wpływem...
Vega: Po raz pierwszy zobaczyłem Iggy'ego na World's Fair w 1969. Zobaczyłem artystę robiącego coś wielkiego i to mnie zainspirowało. To miało także stronę wizualną a ja jestem przede wszystkim artystą wizualnym. Nie byłem jeszcze do końca zdecydowany czy będę robił muzykę ale i tak wariowałem już z elektroniką, robiłem muzykę przy pomocy zabawek, takie rzeczy. Ale kiedy zobaczyłem Iggy'ego, to było jak... Człowieku, to jest to ! On otworzył dla mnie jakąś drogę, która mogłem podążać bo on był poza tym wszystkim wokół. Robić szalone rzeczy, ciąć się... w tamtym czasie jeszcze nie na scenie ale po prostu w domu...w jakimkolwiek nie znajdowałbyś się dole. Widzieć wtedy tego gościa było jak: „wow, to jest cool, jestem normalny i jest jeszcze inny człowiek robiący to samo". Wiesz, bałem się o siebie. Jak zapewne wiesz potem był następny, który to robił potem były ich setki i tysiące.

Słyszę echa THE STOOGES w Ghost Rider.
Vega: Absolutnie.

Suicide

Pierwszy raz zobaczyłem SUICIDE kiedy otwieraliście koncert RAMONES w CBGB w 1976. To był kompletny chaos.
Vega: Pamiętam ten wieczór, RAMONES grali tego samego dnia w Nassan Coliseum, gdzie supportowali kogoś innego. My zaczęliśmy swój set, zrobiliśmy go i skończyliśmy zupełnie wygwizdani. Normalnie. Ale RAMONES nie dojechali do CB's na czas i Hilly Cristal (właściciel klubu), jak szalony wpadł do garderoby i zaczął krzyczeć: „goście, nie zagraliście dostatecznie długo !" Gówno prawda, zagraliśmy wystarczająco ale RAMONES nie pojawili się jeszcze... no i kto jest winien- oczywiście my. Publika najeżdżała na nas bo wszyscy czekali na RAMONES, zobaczyć nas jeszcze raz... to było ponad ich cierpliwość. Wszystko zaczęło latać...

Czy SUICIDE otwierał koncert CARS w Madison Square Garden ?
Vega: Nie, nie w Garden lecz w Providence Civic Center.

Jak to wyglądało ?
Rev: Człowieku ! Najgorszy był Universal Amphiteather pod L.A. trzy noce, jak u Boba Hope, straszne ! Rev: W Civic Center było 15 000 ludzi. To było niesamowite. Jeżeli myślisz, że fani RAMONES nas nienawidzili, pomyśl co myśleli o nas fani THE CARS. Vega: Dźwięk dobiegający od 15 000 ludzi był jak monstrualna fala gotowa uderzyć cię jak coś czego nigdy wcześniej nie słyszałeś. Rev: Cokolwiek by nie krzyczeli, klaskali czy gwizdali. My oczywiście zastaliśmy wygwizdani Vega: Byliśmy przyzwyczajeni do grania w małych klubach aż tu nagle jesteśmy 29 mil od publiki.

Nie możesz nawet zejść i komuś strzelić.
Vega: Dokładnie. Pamiętam wieczór kiedy tam przyjechaliśmy, THE CARS byli tam już ze swoimi ciężarówkami pełnymi sprzętu. My natomiast przyjechaliśmy samochodem wielkości Volkswagena. Goście z obsługi mówili: bez żartów, podłączyliśmy automat i organy bezpośrednio pod przody P.A. ?!! To jest wszystko ?! Było tam około dwudziestu ludzi czekających by przenosić nasz sprzęt. Próbowaliśmy im wytłumaczyć, że to już wszystko a oni nie mogli uwierzyć.

Jakie było to doświadczenie ? Zniechęcające czy też rozwijające dla was ?
Rev: To było wielkie. Te gigs były wielkie. THE CARS pokochali nas. Brzmienie jakie osiągasz na tego rodzaju sprzęcie jest tak bogate. Vega: To ciężkie powrócić po czymś takim do klubów. Jesteś tym już zmęczony. Graliśmy najpierw dla 400 ludzi w Max's Kansas City albo w CBGB aż nagle stajesz przed 18 000 ludzi. Rev: Rzucają w ciebie różnymi rzeczami. Vega: CARS wyszli od razu po nas a ich perkusja była rozłożona już wcześniej. Po secie THE CARS w perkusji znaleziono nóż. Nie chcieli nam specjalnie o tym mówić. Rolki papieru fruwały wokół jak komety. Kiedy byliśmy w Toronto, kiedy skończyliśmy nasz set a Marty zostawił dźwięk na klawiszach, ludzie zaczęli rzucać czym popadło w keyboard. Staliśmy i słuchaliśmy tłuczonych butelek. Atakowali klawisze. Mieliśmy ci los chłopcze...

Ile czasu minęło między pierwszą a drugą płytą SUICIDE ?
Rev: Trzy lata.

Jak zetknęliście się z Ric Ocasekiem ?
Vega: Mieliśmy układ z Z Records. Graliśmy w Bostonie i tam spotkaliśmy Rica i THE CARS, zanim podpisali kontrakt w 78. Przyszedł do nas po koncercie.

W jakim to było klubie ?
Rev: The Rat, na przełomie 76 i 77. Przed tym jak wyszła pierwsza płyta THE CARS. Vega: Słyszeliśmy wcześniej o tej wspaniałej pop grupie i dziwiliśmy się czemu chcą poznać SUICIDE. Spotykaliśmy wcześniej pełno innych pop stars i były to dupki. Jednak THE CARS okazali się wspaniałymi kolesiami. Poznaliśmy się bliżej, szczególnie z Rickiem.

Wcześniej, we wczesnych latach 70, czy SUICIDE nie zagrało wielu shows w Mercer Arts Center, otwierając koncerty NEW YORK DOLLS ?
Rev: Nie otwieraliśmy DOLLS. Byliśmy obok. Vega: Bywało tak, że jednego wieczora DOLLS grali w jednej sali, Joathan Ritchman w innej, a jeszcze obok my. Robiliśmy swoje. Rev: Działaliśmy równolegle do tej glamour sceny z tymi wszystkimi pięknymi kobietami, laskami na wysokich obcasach. To było niesamowite. Wszyscy szli na NEW YORK DOLLS a my graliśmy w Blue Room, który był po drodze do sali w której miał być DOLLS. Było wspaniałe oglądać ten długi hall z barem, aby tam dojść musieli przejść przez nasze pomieszczenie, a to było jak przejście z jednej wojny na inną światową wojnę. Vega: David Johansen czasami dołączał do nas na harmonijce. U nich była party scene a w naszej sali było coś jak death scene. Wszyscy przechodzili mówiąc: co się tu do cholery dzieje ? NEW YORK DOLLS byli wielcy. Kochałem koncerty DOLLS, to była bardzo imprezowa scena, piękne kobiety i narkotyki. Muzyka DOLLS była super, ale przechodząc przez naszą salę by trafić na ich koncert było jak przejść z 1975 w rok 2075. Miny ludzi były wspaniałe...Graliśmy te pojebane, pokręcone rzeczy. Jeżeli myślisz, że nasza muzyka jest pokręcona teraz, powinieneś nas był widzieć wtedy ! Nie mieliśmy jeszcze nawet kawałków. Czasem długo czekaliśmy na to by coś osiągnąć, kawałki rodziły się z chaosu. Dopiero je robiliśmy, wynajdywaliśmy brzmienia i podążaliśmy dalej. Tak rozwijaliśmy swój repertuar. Uczyliśmy się koncertując.

Czy wasza konfrontacyjna postawa wywoływała uprzedzenia czy pobudzała do reakcji ?
Vega: To była kombinacja obydwu. Zawsze nienawidziłem tego, że ludzie idą na koncert aby być zabawianymi. Z nami było inaczej- zawsze mówiłem pochodzimy z ulicy, jeżeli przyszedłeś po rozrywkę, zapomnij ! Przychodzisz z ulicy by powrócić znów na ulicę. To było jak piękny obrazek ładnego miasteczka, a za fasadą obóz koncentracyjny. Przyszli, aby za drzwiami zostawić cały świat a my z powrotem wypychaliśmy ich na ulicę. Byliśmy wtedy dwójką szaleńców, żyjących na ulicy i będących po prostu sobą. Muzyka Martina i mój śpiew czy jakkolwiek byś to nazwał.

Jak spotkaliście się po raz pierwszy ?
Vega: Well, było nas pięciu czy sześciu w tym czasie. Zaczęliśmy w NY tworzyć miejsce zwane The Project of Living Artists. Było nas pięciu czy sześciu,. Kilku z nas wystąpiło o grant do Miejskiego Wydziału Sztuk [ State Council of the Arts]. Dostaliśmy te pieniądze z magistratu stanu Nowy York, otworzyliśmy miejsce, które było otwarte 24 godziny na dobę. To było wspaniałe miejsce. Mieliśmy całe drugie piętro do naszej dyspozycji, wielką przestrzeń gdzie powstały galerie, jazzowe zespoły przychodziły tam grać. To było demokratyczne, każdy mógł robić tam co chciał, w artystycznym sensie twórczym... Ja zostałem jednym z nadzorujących. Każdy miał dyżury, kiedy musiał być obecny i pilnować by nikt się tam nie pozabijał. Miałeś tam bardzo dobry jazz band, tancerzy, Andy Warhola, który pojawiał się i wieszał swój obraz. Raz był jakiś benefis i obraz z kwiatami został skradziony, wywołało to sporo zamieszania. Mieliśmy pełno włóczęgów, którzy tam przysypiali, wszelkie rodzaje freaks. To był najbardziej pasjonujący okres w moim życiu. Człowieku co się tam nie działo...

Tam właśnie spotkałeś Martina ?
Vega: Pojawiłem się w OK. Gallery. Było to coś więcej niż miejsce świata artystów. Robiłem tam coś jak zespół, elektronika, takie rzeczy... Martin przywędrował pewnego wieczora bo usłyszał o miejscu. Grałem raz z jego zespołem, nazywał się Reverend B. Dobry jazz band. Jedna z najlepszych rzeczy jakie słyszałem. Tak więc zaprzyjaźniliśmy się i po pewnym czasie zdecydowaliśmy się założyć tę rzecz. Wyglądało to tak, że on przybywał z jakiegoś punktu i czuł potrzebę zmiany, ja także skądś przybywałem i potrzebowałem jakiejś artystycznej odmiany. Tak to wyglądało. Rev: W dzień była tam galeria sztuki, żyłem wtedy w pobliżu, więc wiedziałem że istnieje miejsce dokąd można pójść kiedy jest zimno. Wiedziałem że będzie tam Alan bo ma klucze. Vega: Ja też tam pomieszkiwałem. Żyliśmy wtedy jakby na ulicy. Rev: Czasami tam sypiałem. Alan pracował tam z innym plastykiem, który grał też na gitarze, używali dźwięków z magnetofonów kasetowych, surowy stuff. Ja przychodziłem z pałkami, oprócz tego mieliśmy też sprężyny. Siadałem na podłodze z tymi przemysłowymi odpadami i robiliśmy jams, spędzając wspólnie czas.

W którym to było roku ?
Vega i Rev: 1971. Rev: To było miejsce, do którego mogliśmy przyjść z ulicy. Alan miał klucze, mogliśmy tam wejść kiedy chcieliśmy, także w nocy, kiedy wszyscy szacowni już wyszli, ci wszyscy artyści jacy tam wystawiali. Co dzień było tam pełno różnych zebrań, grupy kobiece, radykałowie... Pewnej nocy Alan zobaczył mnie i to nad czym akurat pracowałem i pomyślał: „hey teraz będziemy pracować razem". Wiedziałem to... byliśmy jedynymi, którzy naprawdę potrzebowali tego miejsca bo obydwaj byliśmy naprawdę na ulicy. Vega: Czasami latem robiliśmy próbę w tej niszy a ludzie mogli słyszeć nas na zewnątrz w parku. Czasem gdy kończyliśmy grać słyszeliśmy hałasy z zewnątrz, tam na ulicy stał tłum, który nas słuchał. Byliśmy blok albo dwa dalej, a ludzie wciąż mogli nas tam słyszeć. Na Broadwayu w stronę Waverly Place były tam setki ludzi, którzy słuchali nas a my graliśmy przez godzinę tylko dla nich. Rev: Próby były podstawowymi, ekstatycznymi przygodami, przygodą i ekstazą. Vega: Kwas... Rev: Spirytualność i wszystko... Vega: Te czasy były zupełnie inne, wtedy nie szukaliśmy wokół jakby tu zdobyć trochę forsy na przeżycie. Oczywiście uwielbialibyśmy mieć koncerty i robić pieniądze. Nie jedliśmy wtedy zbyt wiele. To było ciężkie. Byliśmy naładowani muzyką, problemem było zwalczyć tę biedę i walczyć z głodem aby przeżyć. To było dla nas jak religijne doświadczenie. Dzisiaj dzieje się to zwykle tak: załóżmy zespół, zagrajmy jakiś określony rodzaj muzyki, wynajmijmy prawnika, zróbmy video, zapakujmy to odpowiednio i zróbmy dobry deal. Tak to właśnie teraz wygląda. Zdumiewające, kiedy widzę te młode, nowe zespoły takie gotowe i dopracowane. Oni nie mogliby nawet spłacić wszystkich swoich długów. Rev: Rock jest teraz sformalizowanym produktem. Musisz wiedzieć jak go sprzedać. W tamtych czasach mogłeś wciąż żyć prawie na ulicy. Mogłeś znaleźć lokum za 100$- 200$, ale to i tak była kupa forsy... Goście jak my nie mogli się temu poświęcić dopóki nie zamieszkaliśmy z pięcioma innymi osobami. Vega: Kiedy patrzę wstecz, przypominam sobie jak ciężkie były to czasy. Wciąż mogę poczuć ten głód. Znam to uczucie. Teraz ludzie są sprytniejsi, więcej w nich cynizmu i sceptycyzmu.

Nic dziwnego- idziesz do pieprzonego Burger Kinga i słyszysz AEROSMITH. Jesteś tym permanentnie otoczony i bombardowany. Tego nie było kiedyś. Niecodziennie słyszałeś Stones w radiu.
Rev: Muzyka, kiedy była w porządku warta była każdego zamętu. To było tak: „ty będziesz mi mówił jak nie powinienem grać ?!" Wiedziałem, że będę to robił, nawet jeżeli będą w nas rzucać krzesłami albo puli nam w twarz. Vega: Później, po koncertach wielokrotnie kiedy szliśmy do garderoby spotykaliśmy młodych kids którzy potem stali się SOFT CELL czy innym zespołem. To mogło być w Europie- Liverpool, albo Leeds, szatnia była wielka i zapakowana dzieciakami, które zdawały się mówić „wow, czego my, do kurwy byliśmy świadkami !". To była ta druga strona, to nie byli ci którzy rzucali w nas kiedy byliśmy na scenie. Prawdopodobnie stali gdzieś z tyłu bo skins zajmowali przód. Oni byli tak zwaną nową generacją- nowymi punks albo nowymi techno. Spotykaliśmy tych młodych ludzi, mieli wtedy po 16 czy 17 lat. To wciąż mnie napędza, popycha że dalej to robię.

Nowy underground, skąd przychodzi ta nowa muzyka i wyzwanie jest zainspirowany przez KRAFTWERK oraz pierwszy album SUICIDE. Electronic heads jak APHEX TWIN czy AUTECHRE i Jeff Mills są wspaniali, minimalistyczni i ostrzy.
Vega: Nigdy nie wiedzieliśmy że czeka nas taka przyszłość, wiedzieliśmy jednak że stoimy na krawędzi i idziemy w przyszłość.

Czy widzicie czas kiedy SUICIDE znów zagra ?
Rev: Kiedy znów zagramy Alan ? Vega: Kiedy będziemy już bez forsy, Mart.

* Po reedycji drugiego albumu SUICIDE dodano kilkadziesiąt minut wczesnych eksperymentów dźwiękowych Martina Rev i Alana Vegi. Nagrania pochodzą z pierwszej połowy lat 70.
** Jak jak wielu artystów nowojorskiej sceny punk, no wave etc. Alan Vega zajmował się również innymi sztukami, grał w eksperymentalnych krótkometrażówkach, sam robił filmy. Jego elektryczne rzeźby, z kawałkami neonów, ekranów telewizyjnych, stworzone z materiałów znalezionych na ulicy i ze śmieci są, jak Vega sam twierdzi, wyrazem punk rocka w plastyce.

Rocket, Rocket USA
Shootin on down my way
TV star ridin around
Ridin around the killer's car
It's 1977
Whole country doin the fix
It's Doomsday, Doomsday
Ridin around, Ridin High
Speedin down the skyway
100 miles per hour
Gonna crash
Gonna die
I don't care
It's Doomsday, Doomsday



GÓRA    MUZYKA    SPIS